piątek, 31 lipca 2015

Kult perfekcyjności jako prosta droga do uzależnień.

Cześć!

Trochę mnie tutaj nie było, ale moja nieobecność wiąże się z tytułem wpisu. Zapraszam Was dzisiaj do moich przemyśleń na temat współczesnego kultu perfekcyjności czyli dążenia do ideału oraz niebezpieczeństw jakie się z nim wiążą.

 

 

 Przygoda z moim odchudzaniem zaczęła się kilka lat temu, po zdaniu matury. Zaczęłam oczywiście od ograniczenia jedzenia, zwiększenia aktywności fizycznej, a znienawidzone kilogramy i centymetry zaczęły powoli spadać. Pozwalałam sobie raz na tydzień na coś mniej zdrowego, ale wciąż trzymałam się żelaznej zasady ograniczania owoców czy ogólnie węglowodanów, a zwiększonej ilości białka przy dużej aktywności fizycznej. (6-7x w tygodniu!)

 Po schudnięciu 10 kilogramów i uzyskaniu wreszcie w miarę szczupłej sylwetki, postanowiłam, że zrobię wszystko, aby ją utrzymać. Pomimo złego samopoczucia ćwiczyłam do utraty sił i ograniczałam jedzenie. Ignorowałam sygnały od mojego ciała mówiące o zmęczeniu, aż w końcu w moim życiu pojawiło się bieganie.

 


Dzięki niemu zaczęłam trochę lepiej siebie traktować. Pokochałam tę dyscyplinę, bo sprawiała mi wielką przyjemność, a przy okazji sprawiała, że moje ciało jeszcze nigdy nie wyglądało tak dobrze. Zaczęłam pozwalać sobie na małe przyjemności coraz częściej, wiedząc, że i tak spalę je na wieczornym treningu.

Niestety wszystkie objawy związane wcześniej z obsesją treningową i diety, wróciły. Dokładnie wtedy, gdy postawiłam przed sobą duży cel jakim było przebiegnięcie półmaratonu na Festiwalu Biegowym w Krynicy. Zaczęłam trenować 3-4x w tygodniu samo bieganie, a oprócz tego kupiłam sztangę, więc trening siłowy był także obecny 3x w tygodniu. Przez kilka dobrych miesięcy ćwiczyłam codziennie oprócz niedzieli, więc moje mięśnie nie miały kiedy się zregenerować. 


Po kolejnej sesji godzinnego treningu siłowego...




Wszystko zaczęło się sypać na tydzień przed moim startem, kiedy nagle po długim wybieganiu moja noga tak bolała, że nie byłam w stanie iść prosto. Trochę się przeraziłam, ale zignorowałam to, zrobiłam jedynie kilka dni przerwy podczas których smarowałam nogę maścią. 

Jednak podczas półmaratonu poczułam, że ból wcale nie minął. Po 15 km noga zaczęła boleć, jednak nie poddałam się i z niezadowalającym mnie wynikiem ukończyłam swoją pierwszą w życiu połówkę. Następnego dnia wyjechałam na tygodniowe wakacje za granicę, gdzie nie mogłam sobie odpuścić oczywiście codziennego biegania nad morzem.


Bieganie boso po plaży wraz ze wschodzącym słońcem...


To przesądziło sprawę. Gdy wróciłam do Polski, nie byłam w stanie przebiec 5 km bez bólu. W październiku udałam się do fizjoterapeuty, który stwierdził, że muszę odpuścić całkowicie aktywność fizyczną na co najmniej miesiąc. Nie chcę tuta rozpisywać się co przeżyłam, uwierzcie mi, że była to dla mnie prawdziwa szkoła życia. Myślę, że o tym napiszę kiedyś osobno dłuższy post, bo coraz więcej słyszy się o przeróżnych kontuzjach.


Dobra mina do złej gry... rolowanie to był mój koszmar.


W taki oto sposób w wielkim skrócie dopuściłam do całkowitej destrukcji swojego ciała. W trakcie drogi do wymarzonej sylwetki, a później osiągnięcia wyznaczonego celu, zgubiłam całkiem rozsądek. Wpadłam w paskudne uzależnienie od ćwiczeń, które sprawiało, że po jednym dniu bez nich czułam wielkie wyrzuty sumienia i widziałam w lustrze jak tyję.

Wydawało mi się po pewnym czasie, że poradziłam sobie z tą sprawą, ale niestety wróciła jak bumerang podczas przygotowań do półmaratonu. Niestety jak widać, ja uczę się na własnych błędach. Dopiero kontuzja, wiążący się z nią ból, (zwłaszcza psychiczny) uświadomiły mi, że nic w życiu nie jest tak ważne jak zdrowie. We wszystkim powinno się znaleźć złoty środek, aktywność fizyczna nigdy nie powinna być na szczycie wyznawanych przez nas wartości.

 W te wakacje pierwszy raz od dobrych trzech lat, postanowiłam nie zmuszać się do treningu, kiedy nie mam na to ochoty. Zmieniłam także swój sposób odżywiania, zwiększając ilość zjadanych przeze mnie węglowodanów, co sprawiło, że mam o wiele więcej energii i wcale nie tyję wbrew krążącym na ten temat mitom. ;) Wreszcie zaczęłam traktować siebie dobrze, akceptować w pełni swoje ciało, pomimo, że wraz z kontuzją pojawiły się dodatkowe kilogramy i choroba hashimoto. Między innymi dlatego tak mało mnie teraz na stronie i na blogu - w końcu wyzwoliłam się z więzów uzależnienia od ćwiczeń i nie chcę do tego wracać.

Wiem, że wyszedł gigantyczny post, ale chciałabym Was swoją historią zmusić do myślenia na ten temat i może pozwolić uświadomić sobie, że nie warto podążać za nieosiągalnym celem. Ideały nie istnieją, każdy z nas jest piękny na swój sposób. Pomimo tego co można zobaczyć w mediach, na stronach społecznościowych, musicie pamiętać, że szczęścia nie da Wam szczupła sylwetka, ale tylko ubogacanie siebie. Dobrze mieć w życiu pasję, ale pamiętajcie, że ona nigdy nie powinna Wam przesłonić całego świata.


Biegam dla przyjemności - kiedy chcę i jak chcę. ;-)


Jakie są Wasze doświadczenia związane z treningiem i dietą? Miał ktoś z Was może  taki sam problem jak ja? W jaki sposób sobie z nim poradziliście? Podzielcie się ze mną swoimi spostrzeżeniami w komentarzach, z chęcią przeczytam i na nie odpowiem. :)

czwartek, 2 lipca 2015

Run, Mania run! - czyli jak to się zaczęło. :)

Cześć!



Jak widzicie i ja przekonałam się do założenia bloga. Już od kilku miesięcy o nim myślałam, założyłam, ale z powodu przeróżnych obowiązków nie miałam czasu żeby tu coś napisać. Jest to mój pierwszy wpis, więc chciałabym Wam opowiedzieć o początkach mojego biegania - zapraszam!


Wszystko zaczęło się na pierwszym roku studiów, kiedy wciąż pracowałam nad ulepszeniem swojej sylwetki. (od roku się odchudzałam) Dużo czytałam o korzyściach biegania, jednak pamiętałam dobrze te upokarzające lekcje wf-u, gdy po pięciu minutach biegania brakowało mi powietrza i przybiegałam jako jedna z ostatnich. Te chwile sprawiły, że bieganie traktowałam jak zło ostateczne, do którego nigdy w życiu nie będę się już zmuszać. Jednak pewnego dnia, postanowiłam, że spróbuję. Moja kondycja była na jakimś poziomie, ponieważ od roku ćwiczyłam 5-6 razy w tygodniu, m.in. fitness. Z góry założyłam sobie, że postaram się przebiec 30 minut bez zatrzymywania się. Ubrałam luźne ciuchy, ułożyłam energiczną playlistę na telefonie i ruszyłam do parku nieopodal mojego mieszkania. Te trzydzieści minut to była droga przez mękę... brakowało mi tchu, myślałam, że wyzionę ducha, ale uparcie biegłam dopóki stoper nie zadzwonił oznajmiając, że to koniec mojego dzisiejszego treningu. 

Po tym pierwszym truchcie miałam zakwasy przez tydzień... ;) Mimo tego uparcie biegałam co drugi dzień po pół godziny. Po kilku tygodniach zaczęłam zwiększać czas biegania do 35, 40, aż w końcu doszłam do 45 minut biegania bez przerwy. Dawało mi to dużo radości, czułam się o wiele silniejsza, nie tylko fizycznie, ale głównie psychicznie. Nie myślałam wtedy o żadnym starcie, ponieważ uważałam, że są one tylko dla zawodowców. Jednak dzięki namowom wujka który zamierzał pobiec razem z moim kuzynem w zawodach na 10 km w mieście nieopodal, pomyślałam "dlaczego nie?" Zaczęłam biegać coraz więcej, dzięki nowemu telefonowi i endomondo wiedziałam ile i jak szybko biegam i jeszcze przed zawodami udało mi się kilka razy pokonać ten dystans. Wtedy trwało to ponad godzinę, więc wierzyłam, że zmieszczę się w limicie czasowym, który wynosił koło 1h 30 minut. 


6 października 2013 roku stanęłam na starcie w Starym Sączu. Byłam tak zestresowana jakbym co najmniej znowu miała zdawać egzamin na prawo jazdy... :D Wystrzał i ruszyliśmy. Muzyka nastrajała mnie pozytywnie, więc starałam się nie zwracać uwagi, że większość osób mnie wyprzedza. Powoli łapałam swój rytm i nie zamierzałam bezmyślnie gnać przed siebie. Pierwsze kilometry minęły mi jak z bicza strzelił. Czułam się tak podekscytowana biegiem, że cały czas się uśmiechałam, a humor dodatkowo poprawiali mi kibice, którzy gorąco dopingowali na trasie. W końcu zobaczyłam ostatni zakręt, miałam już dość, ale zdobyłam się na ostatni wysiłek... przyśpieszyłam i wyprzedziłam przed samą metą kilka osób. Przekroczyłam ją ze łzami w oczach, a widząc swój wynik poniżej 1 h, a dokładnie 57 min 12 s nie mogłam uwierzyć, że naprawdę to zrobiłam! Cała rodzina szczerze mi pogratulowała, a ja czując dumę i niedosyt postanowiłam, że będzie TO DOPIERO POCZĄTEK MOJEJ PRZYGODY Z BIEGANIEM. :) 






Tak właśnie wszystko się zaczęło i sprawiło, że zakochałam się w tym sporcie i nie potrafię wyobrazić sobie bez niego życia na dłuższą metę. Jeśli więc jeszcze nie spróbowałeś, może mój wpis jakoś Cię do tego przekona? Jest obecnie pełno planów dla początkujących biegaczy (np. plan pumy), więc wystarczy tylko poszukać. Ja ze swojej strony polecam słuchać po prostu swojego organizmu i robić przerwę na marsz kiedy nie macie już siły biec.

Jakie były Wasze początki biegania? Podobne czy może całkowicie inne? Napiszcie w komentarzach, chętnie poczytam. :)